- Autor: Greg
- Wyświetleń: 4758
- Dodano: 2010-06-25 / 13:43
- Komentarzy: 44
Problem z wysypiskiem śmieci
- Władze Opola nie traktują nas poważnie, nie chcą wysłuchać naszych racji, nie odpowiadają na nasze pisma. Nie zmienimy zdania, będziemy protestować do końca - mówi zdecydowanie Bożena Lachowicz, mieszkanka ulicy Podmiejskiej.
Na zarzuty odpowiada Andrzej Czajkowski, prezes Zakładu Komunalnego w Opolu.
Zobacz także Kierowca ciężarówki i rowerzystka zginęli na miejscu. 19-latek z opolskiego został ranny
- Nowa inwestycja jest niezbędna, by w sposób zgodny z prawem i bezpieczny dla środowiska składować i przetwarzać odpady - mówił Czajkowski na spotkaniu z mieszkańcami. Ci jednak nie chcieli go słuchać.
- Dość mamy już jednego smrodu z wysypiska, a chcecie nam wybudować kolejne zakłady! Cały dzień pod oknami jeżdżą tylko śmieciarki - przekrzykiwali się mieszkańcy.
Problem ma związek z rozporządzeniem ministra gospodarki, które od 2013 roku zakazuje składowania na wysypiskach nieprzetworzonych odpadów. Mają one być wykorzystywane np. do produkcji nawozu, a do tego niezbędna jest właśnie budowa kompostowni.
Sytuacja wydaje się patowa - miasto musi zbudować nowe zakłady, by w zgodzie z prawem składować i przetwarzać odpady, a mieszkańcy zapowiadają kolejne protesty i blokowanie inwestycji. O innej lokalizacji kompostowni władze na razie nie mówią. Mają nadzieję, że uda się przekonać mieszkańców ulicy Podmiejskiej do zakończenia protestu.
Zobacz także Śmierć czterolatki z Gogolina. Są wyniki sekcji zwłok i zarzuty dla matki
reklama
Forum
reklama
Najczęściej czytane
19 września
Zginął młody kierowca. Policja podała wstępne ustalenia
27 września
Ponad 21 kilometrów ulicami Opola. Półmaraton przyciągnął biegaczy i kibiców
25 września
Pierwsza beczka odszpuntowana na opolskim Rynku
12 września
Cosplay to nie tylko efektowne stroje. Trwa Opolcon czyli Festiwal Fantastyki
25 września
Policjanci z różnych stron świata na jednej lekcji w Prószkowie
22 września
Tragiczny finał poszukiwań 17-latka w Opolu
12 września
"Nie chcę, żeby ktoś mi mówił, kogo mam kochać". Marsz Równości przeszedł ulicami Opola



W dyskusji: 44
- Najlepiej zniszczyć, to wszystko, co takie marne. Inaczej nic dobrego z tego nie będzie. Najpierw zgaszę tę lichej świeczkę, potem wykoszę nadłamane trzciny, rozpędzę milczące ptaki i powyławiam ospałe ryby. Zabiorę się za to jutro rano. Teraz pójdę spać.
Zanim jednak człowiek zdąży] przygotować sobie posłanie ktoś zapuka] do drzwi. Mieszkaniec chatki nie zdążył się odezwać, gdy w izbie pojawiła się jakaś postać. Trudno było w półmroku zobaczyć rysy jej twarzy, ale było w niej coś tak niezwykłego, że nawet dobrze jej nie widząc można było czuć bijące od nie] ciepło i dobro.
- Jestem wędrowcem - cicho powiedział niespodziewany gość. - Szedłem trzy dni i trzy noce bez odpoczynku. Czy mogę u ciebie przenocować?
- Bhuu - wyjąkał człowiek i natychmiast zamilkł.
- No, to jak? Ugościsz mnie?
- Cóż... dawno nie widywałem ludzi. Nie umiem już chyba z nikim rozmawiać, a co dopiero ugościć...
- Wystarczy, że pozwolisz mi się przespać w kącie. Rano napiję się wody i pójdę dalej - uśmiechnął się wędrowiec.
- Skoro tak niewiele potrzebujesz, to zostań - mruknął człowiek. Sam się sobie dziwił dlaczego zgodził się przenocować dziwnego gościa. Normalnie przepędziłby takiego intruza na cztery wiatry, ale teraz powstrzymała go życzliwość i troska, które wraz z przybyszem wypełniły każdy zakamarek chatynki.
- Pozwól więc, że dam ci trochę więcej światła - i wędrowiec podszedł do stołu z dogasającą świeczką. Położył dłoń na tlącym się knotku, który w tej samej chwili zapłonął jasnym, mocnym ogniem. Wokół zrobiło prawie tak jasno jak w dzień, a do tego ciepło i przytulnie. Zdumiony człowiek poczuł, że dzięki światłu świecy jego ponura izdebka nabrała życia i stała się prawdziwym domem. Po raz pierwszy od wielu lat lekki uśmiech pojawił się na jego twarzy. Usiadł przy stole naprzeciwko dziwnego gościa i odważnie popatrzył mu w oczy. To, co potem się wydarzyło jest wielką tajemnicą. Blask poranka zajrzał już przez okno, a dwie postacie nadal tkwiły przy stole. Tylko, że jedna z nich klęczała i płakała. Po jakimś czasie drzwi od domku otworzyły się i dwóch przyjaciół stanęło na progu. Chwilę patrzyli w niebo i na drzewa wsłuchując się w wesoły świergot ptaków. - A ja już myślałem, że one nigdy nie zaczną śpiewać... - wyszeptał człowiek ocierając łzy, które wciąż spływały mu po policzkach.
- Niedługo muszę iść dalej, więc chodźmy jeszcze nad staw - wędrowiec postąpił kilka kroków. Pod dotknięciem jego stóp ożywiały się przywiędłe trawy i kwiaty, a pszczoły i różnorakie owady budziły się z letargu. Kiedy obydwaj stanęli nad stawem, niezwykły gość wszedł pomiędzy nadłamane trzciny i pałki wodne przemawiając do nich jak do dzieci. Na dźwięk jego głosu jedna po drugiej prostowały się jak żołnierze w szeregu. Potem dotknął ręką lustra wody i natychmiast jego powierzchnia zmarszczyła się i rozkołysała od pluskających się w niej ryb. Prawdziwe życie wróciło nad staw, a w sercu człowieka zagościły dawno zapomniane radość i spokój. Nie mógł uwierzyć, że został uzdrowiony pomimo tego, że prawie całe swoje życie zmarnował i stracił już na wszystko nadzieję. - Nawet nie potrafię ci podziękować, a przecież ty okazałeś mi tyle dobra... - człowiek odwrócił rozpromienioną twarz do wędrowca, ale za jego plecami już nikogo nie było.
Każdemu nie da się dogodzić.